
Jest rok 1909. Archeolodzy Stanisław Czarnowski i Leon Kozłowski, późniejszy premier Polski, maszerują na naukowy rekonesans do Doliny Będkowskiej. Przeszli już obok Łabajowej Skały i źródeł Będkówki. Minęli Czarcie Wrota, gdzie czarci wabią i mamią nierozważnych, i wodospad Szum, którego biała smuga ukazuje się pośród krzewów i ziół kwitnących. Przed nimi dolina rozwarta szeroko, łąki bujne, tu i ówdzie pola pokryte zbożem; wśród nich wije się wężem swawolna Bętkówka. Opis jak na razie brzmi bardzo znajomo, nie licząc wspomnianego w relacji, a nieistniejącego już dzisiaj młyna w górnej części doliny. Ale dalej spotyka nas przykra niespodzianka. Oto w pobliżu Sokolicy, po prawej stronie doliny, (…) przy drodze, wśród lip widać duży stary budynek drewniany posterunku straży granicznej ruskiej, zwany Piła. Okazuje się, że jesteśmy w strefie nadgranicznej. Można jeszcze przez chwilę wędrować w stronę Bramy Będkowskiej i do drugiego wodospadu, zwanego Szerokim. Ale tuż za nim wielki zakręt doliny zamyka wpoprzek wysoka góra lesista; u stóp jej słupy graniczne galicyjskie tamują dalszą drogę. Aż do czasów pierwszej wojny światowej w tym właśnie miejscu w bolesny sposób przypominała o sobie historia. Dziś granic zaborczych już nie ma, ale nadal istnieje drugie, mniej sielankowe, stworzone przez historię oblicze Doliny Będkowskiej. Jednak aby je poznać, trzeba opuścić słoneczne polany i towarzystwo szemrzącego potoku…






